Po trzydziestce zaczęłam trenować pole dance. A jak to się u mnie zaczęło i co mi to dało?

Zgodnie z wynikami ankiety na Instagramie, dzisiejszy wpis będzie o mojej przygodzie z pole dance. Ale zanim opowiem, jak to się u mnie zaczęło, mam do Was pytanko – czy wiedzieliście, że od 2017 roku pole dance jest oficjalną dyscypliną sportową? 🙂 Tak, myślę, że pole dance powoli przestaje być kojarzony tylko z tańcem na rurze w klubie ze striptizem.

A wracając do tematu – jak zaczęła się moja przygoda z pole dance? Koleżankę z pracy któregoś dnia olśniło. Rzekła do mnie: „wiem, co możesz trenować! Pole dance!”. Była zajarana jak świeczka na torcie. Pomyślałam sobie wtedy, że faktycznie, już w sumie zastanawiałam się nad tym rodzajem aktywności. I co? I oczywiście nie zrobiłam nic. Przez prawie 2 lata szukałam wymówek, żeby jednak nie zacząć, tu nie mam z kim, tu mi się nie chce, później zaczęła się pandemia…

W końcu powiedziałam sobie „najwyższy czas”. Zgadałyśmy się ze znajomą na pierwsze zajęcia. Był początek sierpnia 2021 roku, upały niesamowite, więc atmosfera raczej niesprzyjająca. Gorąco, wiecznie spocone dłonie niestety nie miały zbyt dobrej przyczepności do rurki. Na dodatek okazało się, że pole dance cholernie boli! Ja wiedziałam, że będą pojawiać się siniaki, ale nie spodziewałam się takiego bólu. Mimo wszystko spodobało mi się tak bardzo, że poszłam na kolejne zajęcia, potem na kolejne i jeszcze następne. Jeszcze tak niedawno bardzo wymagające dla mnie były zwykłe siady na rurce, a kiedy zrobiłam odwróconego krucyfiksa to byłam wręcz wniebowzięta (wyjaśnienie dla osób niewtajemniczonych: odwrócony krucyfiks polega na złapaniu się rurki nogami i wyciągnięciu rąk prostopadle do ciała, będąc przodem do rurki; jest to jedna z podstawowych figur do góry nogami, której uczy się już na drugich, trzecich zajęciach).

Aktualnie trenuję regularnie, staram się 2-3 razy w tygodniu. Pole dance dla mnie to nie tylko sport, to chwila wytchnienia. Przez tą niecałą godzinę na sali jestem tylko ja i trening, naprawdę o niczym innym wtedy nie myślę, nic inne dla mnie nie istnieje. I pomimo tego, że zaczęłam trenować po trzydziestce, więc nie liczę na żadne spektakularne efekty, to widzę, że z treningu na trening robię postępy. Doszłam do wniosku, że kluczem do regularności to znaleźć taką aktywność fizyczną, którą naprawdę się polubi. Dla mnie pole dance to przede wszystkim frajda z samego faktu ćwiczeń.

A co mi to w ogóle dało?

– przede wszystkim zaczęłam się też rozciągać. Tutaj muszę jeszcze popracować nad regularnością, ale naprawdę zaczęłam się do tego przykładać i nawet pojawia się delikatny progres. Wiadomo, że nie dotknę już głową pośladków, ale przynajmniej dotknę rękami stóp bez zginania kolan 😀

– wyładowanie się, relaks i odprężenie. Serio, odkąd zaczęłam trenować, znacznie rzadziej chodzę zdenerwowana, szybciej uchodzi ze mnie stres.

– wzrost siły i zmiany w sylwetce – wysmukliły mi się ramiona i wzmocniły się mięśnie rąk oraz brzucha. Niektóre figury wymagają sporo siły, zwłaszcza jeśli chce się je utrzymać dłużej niż pół sekundy. I pomimo że trenuje się tylko z ciężarem własnego ciała, to naprawdę niekiedy jest to dla mnie niezły wycisk.

– wzrosła moja odporność na ból. I chociaż nigdy nie należałam do osób delikatnych, to teraz mój próg bólu wzrósł jeszcze bardziej. A czy to jest pozytywny aspekt, to jest to oczywiście kwestia sporna.

To są plusy, które zauważam u siebie po niespełna pół roku regularnych treningów. Jeszcze dużo przede mną, ale wypracowałam już sobie chwyt i w większości przypadków nie muszę nawet używać magnezji (co dla mnie jest ogromnym sukcesem). A jaka jest Wasza ulubiona aktywność fizyczna?

Życie zaczyna się po trzydziestce.

Zgadzacie się z tym? Ja po części tak. Po części, bo to właśnie teraz – po trzydziestce mogę uznać się za osobę ustatkowaną. A przynajmniej w niektórych aspektach życia. Z drugiej strony mam gdzieś z tyłu głowy, że jednak nie wykorzystałam do końca tych lat, które już bezpowrotnie przeleciały. Też tak macie?

Ja doszłam jednak do wniosku, że zamiast zastanawiać się nad tym, co straciłam, mogę przecież zaczynać całkiem nowe rzeczy! I tak właśnie po trzydziestce zaczynam prowadzić bloga. A pomysł na niego dopadł mnie znienacka i poraził niczym piorun. Przez niego nie mogłam spać przez pół nocy, bo moja głowa już planowała, jakie posty będę tutaj dodawać… 🙂 Jaki będzie efekt? To się okaże z czasem.

Na obecną chwilę chciałabym dodawać jeden, dwa posty w miesiącu. A piszę o tym dlatego, że jeśli to opublikuję, to zrobię wszystko, żeby dążyć do wypełnienia tego założenia.

A co jeszcze zaczęłam po trzydziestce?

  • zaczęłam trenować pole dance. A właściwie to zaczęłam dbać o jakąkolwiek aktywność fizyczną, bo wcześniej to ruszyłam się może na dwa spacery w tygodniu. Teraz są 3 treningi w tygodniu + codziennie cardio. Możecie wierzyć lub nie, ale samopoczucie i energia do działania wskoczyły na nieznany mi do tej pory poziom.
  • w mojej codzienności pojawiło się rozciąganie. Tak, codziennie staram się poświęcić chociaż 10 minut na porozciąganie nóg i pleców. Gdy zaczęłam trenować pole dance, okazało się, że moje zakresy wołają o pomstę do nieba. Postanowiłam ” coś z tym trzeba zrobić”. I nie, nie będę miała spektakularnych gięć w plecach, jak dziewczyny, które trenują gimnastykę od czwartego roku życia. Ale powoli, powoli robię postępy 🙂
  • dopiero teraz zaczęłam na poważnie myśleć o zakupie własnego mieszkania/domu. Późno? Zważywszy, że większość moich znajomych po trzydziestce już ma własne M (przynajmniej na kredyt) to tak, późno. Ale lepiej późno niż wcale, prawda?

Dlatego ja częściowo zgadzam się z opinią, że życie zaczyna się właśnie po trzydziestce.

Create your website with WordPress.com
Rozpocznij