Design a site like this with WordPress.com
Rozpocznij

Po trzydziestce czasem nadal gonitwa goni gonitwę…

… a pośrodku tego wszystkiego jestem ja, dookoła zaś wiruje wszystko. A przecież to tylko wnętrze mojej głowy. W niej niewypowiedziane myśli, niewyważone słowa, niewypełnione cele i zmarnowane szanse. Idę przed siebie. Na peronie SKM muszę się zawrócić, bo z powodu remontu przejście jest zamknięte. Wzruszam ramionami. Trudno, spacer będzie dłuższy o długość peronu.

W słuchawkach oczywiście podcast, ale jestem tak zamyślona, iż w połowie odcinka orientuję się, że przecież nie mam pojęcia, co się w nim dzieje. Wzdycham. Czasami nie wiem, czy mam się śmiać, czy płakać, myślę i podcast leci od nowa. Tym razem muszę się na nim skupić, bo inaczej znów nic z tego nie będzie. A ile razy jeszcze w życiu przez własną nieuwagę będę zaczynać od nowa? Ile kroków w tył będę musiała zrobić, żeby móc ponownie ruszyć naprzód? Ile jeszcze muszę wykrzesać z siebie sił, żeby ustać na nogach, kiedy grunt pod stopami trzęsie się i kruszy?

Pytania retoryczne, na które oczywiście nie ma odpowiedzi. Bo grunt to iść naprzód, prawda? Nawet jeśli mają to być małe kroczki. Byle do przodu, byle dalej, byle mocniej.

Wracam do domu, po drodze układam sobie powoli wszystko w głowie i zdaję sprawę z faktu, że pisanie pomaga mi oczyścić umysł z negatywnych emocji. Nazywanie odczuć, chociaż nie przychodzi mi łatwo, jest całkiem ciekawym doświadczeniem. Nie po to założyłam tego bloga, myślę. Ale jeśli ma mi pomóc w opanowaniu do perfekcji sztuki samokontroli (żeby nikt więcej rykoszetem nie oberwał od nadmiaru mojej frustracji), to dlaczego by go nie poprowadzić w takiej formie? „Samokontrola to siła”, rozbrzmiewa mi w głowie i wiem, ile pracy nad sobą jeszcze mnie czeka.

A podsumowując cały wpis i nawiązując do tematyki bloga – po trzydziestce odkryłam kolejną rzecz, która sprawia mi satysfakcję, czyli pisanie pierdół.

Po trzydziestce odkryłam…

… zalety stretchingu. Tak, skoro już zaczęłam od tematyki aktywności fizycznej i pole dance, to pozwolę sobie pogłębić właśnie kwestię rozciągania. Nie ukrywam, że to dzięki pole dance (czyli po trzydziestce) zaczęłam się w ogóle rozciągać (wiem, to okropne…). A gdybym tylko mogła cofnąć czas… No ale dzisiejszy wpis nie o tym 🙂

Muszę popracować nad regularnością, bo nadal są dni, kiedy ten stretching jest odsuwany gdzieś na dalszy plan. Oczywiście standardową wymówką jest u mnie wtedy „nie miałam czasu” (brzmi znajomo?). W każdym razie, mam ambitny plan, żeby poświęcić na to 10-15 minut dziennie zamiast 45-50 minut raz w tygodniu. Cardio robię codziennie, więc i rozciąganie się w to wplecie. Później organizm sam zacznie się domagać 😀

A jeżeli chodzi o moje początki, to cóż. Oczywiście do najprzyjemniejszych nie należały, bo okazało się, że rozciąganie powoduje ogromny dyskomfort. Nie bolało, ale nie było to fajne uczucie. Z czasem okazało się, że wcale tak źle nie jest (może to kwestia przyzwyczajenia ciała?). Nauczyłam się zwracać uwagę na reakcję organizmu – jeśli coś zaczyna boleć albo występuje dziwne, niespotykane dotąd odczucie – odpuszczam. Nie chcę narazić się na kontuzję, dlatego bardzo uważam na to, czy nie pogłębiam danej pozycji zbyt mocno. Dla mnie musi być ona optymalna, czyli powinnam czuć charakterystyczne „ciągnięcie”, a jednocześnie bez problemu wytrzymać 30-60 sekund.

Jakie zalety odkryłam? Przede wszystkim lepsze samopoczucie. Dłuższa sesja stretchingu jest idealna, jeśli chcę się odstresować i zrelaksować. Mogę wtedy pogłębić oddech i się wyciszyć. Druga kwestia to praktycznie przestały boleć mnie plecy. Na co dzień pracuję przy biurku, więc kręgosłup dostaje swoje, a dzięki rozciąganiu jest dużo lżej. Nie miewam sytuacji, że kładę się spać, a odcinek lędźwiowy daje mi o sobie mocno znać. Kolejna sprawa to zwiększają się zakresy ruchu (czyli to, na czym zależy mi najbardziej). Co prawda baaaaardzo powoli, ale widzę postępy. Niestety, dzieckiem już nie jestem, więc pewne rzeczy są nierealne, ale zaczynam dostrzegać różnicę.

Oprócz typowo fizycznych plusów rozciągania, zauważyłam także te mentalne. Ponieważ jestem choleryczką, to chciałabym wszystko za szybko i za dużo na raz. Stretching wymusza na mnie, żebym trochę zwolniła i uzbroiła się w cierpliwość. Tutaj nic nie może być robione szybko, na efekty też się czeka dość długo (przynajmniej w moim przypadku).

Ogólnie uważam, że warto było zacząć i myślę, że mój organizm będzie mi za to wdzięczny. Oczywiście o ile nie doprowadzę do kontuzji, ale póki co nic takiego się nie wydarzyło 🙂 A co mnie w ogóle do tego skłoniło? Na pewno treningi (niektóre figury bez rozciągnięcia po prostu nie wyglądają). Na pewno rozmowy na ten temat z innymi osobami, wymienianie się sposprzeżeniami. Na pewno też chęć zrobienia czegoś pozytywnego dla siebie. Aktualnie jestem w trakcie nakłaniania męża na wspólne sesje, jak myślicie, uda mi się? 😀

A w trakcie redagowania tego wpisu pomyślałam sobie „ale do szpagatu i tak nie dociągnę”, więc tak, ja i moje jakże „pozytywne” nastawienie… 😀 Może to temat na kolejny wpis? A jak u Was, rozciągacie się, czy w życiu by Wam to do głowy nie przyszło?

Po trzydziestce zaczęłam trenować pole dance. A jak to się u mnie zaczęło i co mi to dało?

Zgodnie z wynikami ankiety na Instagramie, dzisiejszy wpis będzie o mojej przygodzie z pole dance. Ale zanim opowiem, jak to się u mnie zaczęło, mam do Was pytanko – czy wiedzieliście, że od 2017 roku pole dance jest oficjalną dyscypliną sportową? 🙂 Tak, myślę, że pole dance powoli przestaje być kojarzony tylko z tańcem na rurze w klubie ze striptizem.

A wracając do tematu – jak zaczęła się moja przygoda z pole dance? Koleżankę z pracy któregoś dnia olśniło. Rzekła do mnie: „wiem, co możesz trenować! Pole dance!”. Była zajarana jak świeczka na torcie. Pomyślałam sobie wtedy, że faktycznie, już w sumie zastanawiałam się nad tym rodzajem aktywności. I co? I oczywiście nie zrobiłam nic. Przez prawie 2 lata szukałam wymówek, żeby jednak nie zacząć, tu nie mam z kim, tu mi się nie chce, później zaczęła się pandemia…

W końcu powiedziałam sobie „najwyższy czas”. Zgadałyśmy się ze znajomą na pierwsze zajęcia. Był początek sierpnia 2021 roku, upały niesamowite, więc atmosfera raczej niesprzyjająca. Gorąco, wiecznie spocone dłonie niestety nie miały zbyt dobrej przyczepności do rurki. Na dodatek okazało się, że pole dance cholernie boli! Ja wiedziałam, że będą pojawiać się siniaki, ale nie spodziewałam się takiego bólu. Mimo wszystko spodobało mi się tak bardzo, że poszłam na kolejne zajęcia, potem na kolejne i jeszcze następne. Jeszcze tak niedawno bardzo wymagające dla mnie były zwykłe siady na rurce, a kiedy zrobiłam odwróconego krucyfiksa to byłam wręcz wniebowzięta (wyjaśnienie dla osób niewtajemniczonych: odwrócony krucyfiks polega na złapaniu się rurki nogami i wyciągnięciu rąk prostopadle do ciała, będąc przodem do rurki; jest to jedna z podstawowych figur do góry nogami, której uczy się już na drugich, trzecich zajęciach).

Aktualnie trenuję regularnie, staram się 2-3 razy w tygodniu. Pole dance dla mnie to nie tylko sport, to chwila wytchnienia. Przez tą niecałą godzinę na sali jestem tylko ja i trening, naprawdę o niczym innym wtedy nie myślę, nic inne dla mnie nie istnieje. I pomimo tego, że zaczęłam trenować po trzydziestce, więc nie liczę na żadne spektakularne efekty, to widzę, że z treningu na trening robię postępy. Doszłam do wniosku, że kluczem do regularności to znaleźć taką aktywność fizyczną, którą naprawdę się polubi. Dla mnie pole dance to przede wszystkim frajda z samego faktu ćwiczeń.

A co mi to w ogóle dało?

– przede wszystkim zaczęłam się też rozciągać. Tutaj muszę jeszcze popracować nad regularnością, ale naprawdę zaczęłam się do tego przykładać i nawet pojawia się delikatny progres. Wiadomo, że nie dotknę już głową pośladków, ale przynajmniej dotknę rękami stóp bez zginania kolan 😀

– wyładowanie się, relaks i odprężenie. Serio, odkąd zaczęłam trenować, znacznie rzadziej chodzę zdenerwowana, szybciej uchodzi ze mnie stres.

– wzrost siły i zmiany w sylwetce – wysmukliły mi się ramiona i wzmocniły się mięśnie rąk oraz brzucha. Niektóre figury wymagają sporo siły, zwłaszcza jeśli chce się je utrzymać dłużej niż pół sekundy. I pomimo że trenuje się tylko z ciężarem własnego ciała, to naprawdę niekiedy jest to dla mnie niezły wycisk.

– wzrosła moja odporność na ból. I chociaż nigdy nie należałam do osób delikatnych, to teraz mój próg bólu wzrósł jeszcze bardziej. A czy to jest pozytywny aspekt, to jest to oczywiście kwestia sporna.

To są plusy, które zauważam u siebie po niespełna pół roku regularnych treningów. Jeszcze dużo przede mną, ale wypracowałam już sobie chwyt i w większości przypadków nie muszę nawet używać magnezji (co dla mnie jest ogromnym sukcesem). A jaka jest Wasza ulubiona aktywność fizyczna?

Życie zaczyna się po trzydziestce.

Zgadzacie się z tym? Ja po części tak. Po części, bo to właśnie teraz – po trzydziestce mogę uznać się za osobę ustatkowaną. A przynajmniej w niektórych aspektach życia. Z drugiej strony mam gdzieś z tyłu głowy, że jednak nie wykorzystałam do końca tych lat, które już bezpowrotnie przeleciały. Też tak macie?

Ja doszłam jednak do wniosku, że zamiast zastanawiać się nad tym, co straciłam, mogę przecież zaczynać całkiem nowe rzeczy! I tak właśnie po trzydziestce zaczynam prowadzić bloga. A pomysł na niego dopadł mnie znienacka i poraził niczym piorun. Przez niego nie mogłam spać przez pół nocy, bo moja głowa już planowała, jakie posty będę tutaj dodawać… 🙂 Jaki będzie efekt? To się okaże z czasem.

Na obecną chwilę chciałabym dodawać jeden, dwa posty w miesiącu. A piszę o tym dlatego, że jeśli to opublikuję, to zrobię wszystko, żeby dążyć do wypełnienia tego założenia.

A co jeszcze zaczęłam po trzydziestce?

  • zaczęłam trenować pole dance. A właściwie to zaczęłam dbać o jakąkolwiek aktywność fizyczną, bo wcześniej to ruszyłam się może na dwa spacery w tygodniu. Teraz są 3 treningi w tygodniu + codziennie cardio. Możecie wierzyć lub nie, ale samopoczucie i energia do działania wskoczyły na nieznany mi do tej pory poziom.
  • w mojej codzienności pojawiło się rozciąganie. Tak, codziennie staram się poświęcić chociaż 10 minut na porozciąganie nóg i pleców. Gdy zaczęłam trenować pole dance, okazało się, że moje zakresy wołają o pomstę do nieba. Postanowiłam ” coś z tym trzeba zrobić”. I nie, nie będę miała spektakularnych gięć w plecach, jak dziewczyny, które trenują gimnastykę od czwartego roku życia. Ale powoli, powoli robię postępy 🙂
  • dopiero teraz zaczęłam na poważnie myśleć o zakupie własnego mieszkania/domu. Późno? Zważywszy, że większość moich znajomych po trzydziestce już ma własne M (przynajmniej na kredyt) to tak, późno. Ale lepiej późno niż wcale, prawda?

Dlatego ja częściowo zgadzam się z opinią, że życie zaczyna się właśnie po trzydziestce.